Opowieści z Gopełka – Prolog

Historia fifonza.

Za górami, za lasami, za siedmioma rzekami, kilkoma żubrami i paroma chmurami.

Było sobie gopełko – pełne przygód źródełko.

A w gopełku wszystkie dziwy, stwory, strachy i też diabeł jest rogaty.

Dziś zaś siądźcie moi mili, niech wam zrobi się wygodnie,

Ja opowiem wam historię, więc poczujcie się swobodnie.

Historię robaka małego, Fifonżem przez matulę nazwanego.

Zatem skończmy z naszym wstępem, czas się przenieść na wybrzeże tam gdzie Fifi ma swe leże.

Żyły sobie w norce, małej, ciasnej – ale swojej.

Dwa robaki, nieboraki, historii początek mamy właśnie taki.

Dzień dziś ładny, słońce świeci. Chcą iść na dwór wtedy dzieci.

 Mama: Fifi drogi, wiem że ładnie ale boję się przesadnie.

Bo wiesz przecie, że rybaki są na świecie. A rybaki, nas robaki, chcą nabijać na swe haki.

Toteż proszę cię malutki, zostań z mamą, bom zmęczona,

muszę chwilkę oko zmrużyć wczoraj w pracy, na dwie zmiany, przyszło mi tam służyć.

Później wstanę, pójdziemy razem, mama sposób ci pokaże. 

Sposób taki na rybaka by mu nie dać się na haka.

Mama chrapie, szybko, mocno, śnią się jej życiowe sprawy i romanse i zabawy.

Fifi w ten czas już nie może. Widzi przecież cud na dworze.

Słońce świeci promieniami, kwiaty pachną zapachami.   

Mały Fifonż nasz maruda, leżeć plackiem się nie uda.

Młodość wzięła górę nad rozsądkiem, Fifi czmychnął w świat nieznany – nie słuchając swojej mamy.

Fifi kroczy żwawo, wszystko takie barwne, piękne, niewiadome.

Nic przed Fifim się nie schowa, chce to poznać, posmakować.

Głód doznań był w nim wielki, tak, że strach utracił wszelki.

Jednak nagle, tak to bywa Fifi zmęczył się i ziewa.

Złoży głowę, tu na trawie, niech dziewanna ma go w pieczy.

Zmruży oko, uśnie żwawo, śnią mu się już pyszne rzeczy.

Fifi drzemie sobie smacznie, nieświadomy co się zacznie.

Łódź przy brzegu się kołysze, nie zwiastuje nic tragedii, połów dzisiaj będzie przedni.

Rybak gotów już do wędki. Ma zanętę, ma też prowiant i pogoda jest bajeczna.

Tylko brak mu jest jednego. Tak, Robaczka malutkiego,

przy pomocy którego, z głębin wyłowi potwora wielkiego.

Szuka Rybak więc zawzięcie i rozgląda się dokładnie.

Rybak: Zaraz coś w me łapy wpadnie.

Nie świadomy nic, niczego. Wstaje Fifi ze snu letniego.

Wnet chce wrócić do swej matki by nie sprawić jej zagadki.

Pędzi drogą więc zawzięcie, nie zwalniając na zakręcie.

Jednak próżny jest wysiłek, rybak znalazł to co szukał.

Rybak: Szast i prast, mam cię mały. Na przynętę będziesz doskonały.

I tak Rybak, szybkim ruchem, chwycił brzdąca i wrzucił go za pazuchę.

Z za pazuchy do słoika – będzie zaraz łez kapanie, fifi nie wie co się stanie.

Ale los swój już dostrzega – ojej mamo – ubolewa.

I z więzienia, tak szklanego – błaga wzrokiem – prosi cicho.

W głowie jego myśli sporo. Chce mnie ubić, pod jezioro.

Koniec będzie dziś mój marny – a ten rybak tak bezkarny.

Wiosła poszły w ruch. Łódź przemierza fale.

Rybak radzi sobie doskonale i do tego niestrudzony sięga po trunek swój upragniony.

Rybak: A no przecież,  jam spragniony wypić trzeba, siup, na zdrowie.

Niech się połów dzisiaj uda i nie struje nas już nuda.

Rybak wypił swą butelkę, a że nie był nazbyt schludny to nią cisnął het przed siebie, jego trud był bardzo próżny.

Rybak: Przecież nikt nie widzi tego, nikt nie skaże mnie sprytnego.

Butla poleciała wnet daleko, plusła, chlusła i na dno opadła szybko.

Pewnie by się nic nie wydarzyło i ów czyn na sucho uszedł.

Ale na dnie stwór był srogi i tak zrządził los przebiegły, że ta butla go zbudziła.

W głowę prosto uderzyła, ślipia ryby obnażyła.

A w tym czasie Fifi biedny – walczy o byt swój niepewny.

Rybak stawia tu warunki, Fifi już na końcu szpulki i rzucony będzie w toń, losem jego ma być zgon.

I tak spotkał kata swego – stwora z dna piekielnego.

Oczy – czerwo – rozżarzone. Zęby wielkie no i ostre, plastry z Fifiego będą proste.

Koniec jego bardzo pewny –  spotka dawnych swoich krewnych.

Droga zawiedzie go w ostateczności do smutnej nieskończoności.

Wtem ów stwór odezwał się.

Ryba: Witaj szkrabie mały mój, nie bój się, ja jestem swój.

Jestem królem morskich głębin, nic nie grozi Ci w mym domu. Ja nie życzę źle nikomu.

Chyba, że ktoś zwady szuka, ten niech lepiej do mych drzwi nie puka.

Fifi słuchał przerażony a do tego jakby jakoś zmęczony.

Coraz słabiej słyszał głos. Mrok zawitał mu przed nos.

No bo przecież, jest to robak, na powierzchni się wychował.

Tutaj na dnie nie ma tlenu, jak to teraz? Co to będzie?

Ryba: Oj przepraszam, zapomniałem, na przypadłość twą mam radę.

Wyczaruje Ci tu hełm, dzięki niemu zyskasz tlen.

I tak samo tu na dole będziesz mógł oddychać i kontynuować swawole.

Ryba: Więc Fifonżem Cie nazwali? A to ciekawe imię masz, powiedz czemu tutaj do mnie witasz?

Fifi opowiedział prędko o tym jak swej matki nie posłuchał,

O tym jak na dworze hulał i jak go sen słodki utulał.

O tym jak wpadł w łapy rybaka i jak ten chciał go nadziać na haka.

O podróży przez tą toń i gdzie myślał, że czeka go już tylko zgon.

Ryba: Fifi powiedz a czy Rybak ten na górze picie ma w naturze?

Bo tu widzisz moje leże, a tam butla się stoczyła, po tym jak mnie w głowę uderzyła.

I tak myślę kto się waży? Czy to Rybak ten niechlujny, dla natury bez szacunku, śmieci mi tu nie potrzebnie, mina jego wtedy zrzednie.  

I tak fifi wszystko sprzedał.

Rybak ponoć taki fleja, rzuca smieci gdzie popadnie nawet jeśli to nie ładnie.

Na co Ryba się znerwował, musi teraz uknuć zemstę. Rybakowi nie przepuści w końcu śmieci mu w czeluści.

Ryba: Słuchaj fifi mam tu plan, zerknij tam, o tam – to mój dom. W domu kufer znajdziesz spory, w nim klejnotów trochę lśniących. Weź ze kilka tych błyszczących.

Przyczep je do sznurka Rybaka.

To uwagę jego zwróci. Ja tym czasem na prędkości dokonam sprawiedliwości.

Ryba: hihi patrz patrz!

I tak Fifi też poczynił, jak zamontować klejnot na żyłkę wykminił.

Użył węzła podobnego do tego zawiązanego przez Rybaka samego.

Rybak patrzy, obserwuje – spławik ruszył – niesłychane. Trzeba szybko zaciąć sprawę i wyciągnąć z wody strawę.

Ryba będzie znakomita, tak mu w głowie już coś świta.

Rybak walczy mocno, żyłkę roluje… kołowrotek ledwo wytrzymuje.

Aż tu nagle, ale co to? Oczom niedowierza. Z wody błyszczy coś małego – do klejnotu podobnego.

Aż no chycę, chycę, już prawie sięgam i ….

I Ryba połknęła rybaka – jednym susem – ale draka.

Tym sposobem łowca został złowiony – niech rozniesie się to na wszystkie strony.

I niech wszyscy przeto wiedzą, kto śmieci w gopełku – tego zjedzą.  

Chodź tu Fifi – wskocz mi na grzbiet – odholuje cię tu ładnie.

Ryba jak powiedział tak też zrobił. Wziął Fifiego na swój grzbiet i odpłynął z nim na brzeg.

Fifi jest zadowolony – wyszedł z opresji niezhańbiony. Do mamy może bezpiecznie wrócić i jej snu nie zakłócić.

Odwrócił się do ryby by mu pomachać. Król głębin na pożegnanie zaczął w wodzie skakać.

Aż zniknął za falą którąś w końcu, w blasku promieni, na pełnym słońcu.

Fifi do mamy wrócił. Potargany i zmęczony ale bardzo ucieszony.

Położył się przy niej miękko i także zasnął prędko.

Toteż Fifi miał nauczkę – i nazajutrz winy wyzna – do swego występku się przyzna. 

Bo tak robią dobre dzieci, czasem potknąć można się, ale kłamać to już nie!

Epilog:

No i jaki morał mamy?

Dziecko drogie słuchaj mamy.

No bo wszyscy dobrze wiecie, że to bajka była przecie.

A w nie bajkach tak to jest, raz się uda, a raz nie.